
Była na Rynku z dziećmi, gdy padły strzały. "Leżały ciała przy ciałach"
Turystka z Łodzi z rodziną opuściła restaurację pod ziemią w Krakowie, by natknąć się na widok ciał po ataku. Dzieliła ich od tragedii zaledwie dziesięć minut.
Wyszliśmy z restauracji, weszliśmy na ten rynek. Leżały ciała przy ciałach, kogoś reanimowali - relacjonuje pani Klaudia, turystka z Łodzi. W momencie ataku w Krakowie przebywała z mężem i dziećmi w podziemnym lokalu, nie słysząc strzałów.
Rodzina spędzała sobotę w ścisłym centrum miasta, zwiedzając Rynek Główny. O godzinie 14 poszli zjeść obiad do podziemnej restauracji, skąd wyszli dopiero o 15:10, tuż po zakończeniu masakry dokonanej przez 24-latka z Ostrowca Świętokrzyskiego.
Widok po ataku
Po wyjściu z lokalu natrafili na widok wprost z miejsca zbrodni. - Leżały ciała przy ciałach, była straż miejska i karetka. Widziałam, że kogoś reanimowali. Ktoś leżał przykryty foliami - opisuje turystka.
W okolicy zapanował chaos. Ludzie przekazywali sobie szczątkowe informacje i plotki o oddawaniu strzałów z jadącego samochodu, jednak nikt nie wiedział dokładnie, co się stało.
Chcieliśmy po prostu odejść jak najdalej, żeby dzieci nie widziały takich rzeczy
Reakcja dzieci
Głównym celem rodziców było jak najszybsze oddalenie się z miejsca tragedii, by chronić najmłodszych. Starsze, siedmioletnie dziewczynki rozumiały już więcej, młodsze jeszcze nie rozumiały, co się dzieje.
Byliśmy przerażeni. Tak naprawdę dziesięć minut wcześniej, jakbyśmy wyszli z tej restauracji, to moglibyśmy tam być z dziećmi
Pani Klauda wyjaśniała dzieciom, że jest policja i karetka, ratujące ludzi. Rodzina zdecydowała się niezwłocznie wrócić do hotelu, by w bezpiecznym miejscu zapoznać się z oficjalnymi doniesieniami.