NBP u progu kryzysu? Problem z ustawowym składem zacznie się już 5 listopada. Wyjaśniamy
4 listopada kończy się kadencja wiceprezesa Adama Lipińskiego, co grozi spadkiem liczby członków zarządu NBP poniżej ustawowego minimum, a premier Donald Tusk nie złożył kontrasygnaty pod nominacjami prezesa Adamowi Glapińskiemu.
Konflikt polityczny dotyka fundamentów polskiej gospodarki. 4 listopada kończy się kadencja wiceprezesa Narodowego Banku Polskiego Adama Lipińskiego, co grozi spadkiem liczby członków zarządu banku centralnego poniżej ustawowego minimum.
Ustawa o NBP przewiduje, że w skład zarządu wchodzi od sześciu do ośmiu członków. Obecnie zasiada w nim sześć osób, a po odejściu Lipińskiego liczba ta spadnie do pięciu, co budzi poważne wątpliwości prawne i operacyjne.
Prezes Adam Glapiński przedstawił prezydentowi Andrzeju Dudzie kandydatury trzech nowych członków zarządu: Marty Kightley, Ludwika Koteckiego i Przemysława Litwiniuka. Premier Donald Tusk odesłał jednak te wnioski bez kontrasygnaty, co uniemożliwia ich podjęcie.
Kontrasygnata premiera jest wymagana do ważności aktów urzędowych powołujących członków zarządu. Kancelaria Prezydenta wskazuje, że odmowa złożenia podpisu jest elementem planu premiera mającego doprowadzić do ograniczenia konstytucyjnej niezależności NBP.
– Tak jak w sytuacji Trybunału Konstytucyjnego, rząd chce ominąć konstytucyjne gwarancje kadencyjności organów konstytucyjnych oraz personalnej niezależności szefa Narodowego Banku Polskiego – przekonywał w październiku szef Gabinetu Prezydenta Paweł Szefernaker.
– To dążenie do pełnej kontroli nad państwem, wbrew zasadom demokracji – dodał.
Kolejnym kandydatem, którego powołanie jest niemożliwe bez kontrasygnaty, jest Marcin Zarzecki. To on miałby zastąpić Martę Gajęcką, która kończy kadencję w styczniu 2027 roku.
Ważne jest, że kandydaci te są również członkami Rady Polityki Pieniężnej. W przypadku złożenia kontrasygnaty doszłoby do wymiany aż trzech członków RPP, co mogłoby wpłynąć na kształt polityki pieniężnej.
Ekonomiści z Erste Bank Polska oceniają, że Kotecki i Zarzecki to członkowie RPP oceniani jako bardziej konserwatywni. Litwiniuk zajmuje natomiast pozycję bardziej centrową.
Kandydaci ci są kojarzeni z obozem rządzącym. Kotecki był wiceministrem finansów w rządzie Donalda Tuska, a Litwiniuk związany był z Polskim Stronnictwem Ludowym.
Bezpośrednim powodem utraty zaufania rządu do prezesa Glapińskiego był udział w wspólnej konferencji prasowej z prezydentem, poświęconej wizji „polskiego SAFE 0 proc.”.
– Jeżeli dotychczasowe nominacje nie uzyskały kontrasygnaty, to czas najwyższy sięgnąć po osoby niezaangażowane po żadnej stronie politycznej, z niekwestionowanym doświadczeniem i dorobkiem – ocenia prezes Centrum im. Adama Smitha Andrzej Sadowski.
Sytuacja jest bezprecedensowa. Ustawa o NBP stanowi, że w skład zarządu wchodzi dwóch wiceprezesów, a po odejściu Marty Kightley w marcu bank ma obecnie tylko jednego – Adama Lipińskiego.
Do kompetencji zarządu NBP należą sprawy organizacyjne i finansowe banku centralnego, polityka kadrowa oraz nadzór nad operacjami otwartego rynku. Brak uzupełnienia składu zarządu może rodzić pytania o podstawę prawną i skuteczność podejmowanych przez niego decyzji.
– Tworzącym przepisy o NBP nie mieściło się w głowie, że konflikt polityczny może potencjalnie prowadzić do paraliżu najważniejszej instytucji z punktu widzenia stabilności finansowej kraju – komentuje główny ekonomista BNP Paribas Bank Polska Michał Dybuła.
Funkcjonowanie banku centralnego w takim scenariuszu staje pod znakiem zapytania i rodzi obawy o reakcję rynków. Istnieje ryzyko kwestionowania ważności uchwał podejmowanych przez niepełny zarząd.
Sytuacja wokół Trybunału Konstytucyjnego każe brać pod uwagę walkę na prawne argumenty pomiędzy Kancelarią Premiera, Kancelarią Prezydenta oraz NBP. Pojawiają się opinie, że do NBP mógłby zostać skierowany komisarz.
W rozmowie w RMF24 minister finansów i gospodarki Andrzej Domański zaznaczył, że „na ten moment” nie ma takiej potrzeby. – Wolałbym, aby kwestia zarządu NBP została uregulowana, ale to nie są moje decyzje. Będę o tym rozmawiał z premierem – dodał.
Wszystko to dzieje się w wyjątkowo niesprzyjającym otoczeniu. Inwestorzy z niepokojem śledzą już „wojnę” o Trybunał Konstytucyjny, a sytuacja geopolityczna pozostaje bardzo napięta.
Rentowności polskich obligacji są najwyższe od prawie czterech lat. Dodatkowym problemem jest sytuacja ratingowa Polski, która we wrześniu została obniżona przez Moody’s, a Fitch utrzymuje jej negatywną perspektywę.
W piątek 6 listopada S&P ma przedstawić swoją decyzję w sprawie ratingu Polski, możliwe jest obniżenie perspektywy do negatywnej.
– W tak trudnych realiach globalnych i ekonomicznych dodawanie kolejnego czynnika niepewności jest bardzo groźne, to jak zabawa dzieci zapałkami – mówi Dybuła.
Z kolei Paweł Borys, były prezes Polskiego Funduszu Rozwoju, ostrzegał przed powstaniem „bardzo niebezpiecznej mieszanki” przy wysokim deficycie 7 proc. i długu publicznym zmierzającym w kierunku 70 proc. PKB.
– Nikomu nie jest potrzebny kolejny punkt zapalny – tym bardziej kryzys w instytucji kluczowej dla stabilności gospodarczej kraju, polskiej waluty i bezpieczeństwa systemu finansowego – pisał na X.
Zdaniem ekonomistów Commerzbanku niepewność związana z NBP – chodzi nie tylko o losy zarządu, ale też prezesa Glapińskiego (głosowanie w Sejmie nad Trybunałem Stanu dla niego zapowiedziano na drugą połowę listopada) – jest jednym z czynników ciążących złotemu.
Członkini Rady Polityki Pieniężnej prof. Joanna Tyrowicz zaznaczyła, że „w ustawie nie jest napisane, jaka jest procedura postępowania, jeśli nie jest spełniona przesłanka” o określonej liczbie członków zarządu NBP.
– Ustawa nikomu nie daje delegacji do podjęcia jakichkolwiek konkretnych działań, jeśli liczba członków zarządu jest mniejsza, a kontekst prawny nie jest oczywisty – mówiła.
Zaznaczyła przy tym, że „jest zwolenniczką poważnego traktowania prawa, ale in extenso, a nie wybiórczo”.
– Ta sama ustawa stwierdza na przykład, że w posiedzeniach RPP uczestniczą członkowie zarządu NBP. Tymczasem przez całą moją kadencję ich obecność, choć przecież wymagana tą samą ustawą, miała charakter mniej niż incydentalny – dodała.
Były członek zarządu NBP prof. Małgorzata Zaleska ostrzega, że brak spełnienia ustawowego limitu liczby członków zarządu może mieć istotne znaczenie zwłaszcza przy podejmowaniu niestandardowych, trudnych decyzji.
– W takich uwarunkowaniach jakiekolwiek wątpliwości, słuszne czy niesłuszne, co do legalności uchwał organów banku centralnego są bardzo niepożądane – ostrzega.
Ekonomistka z Instytutu Bankowości SGH zaznaczyła, że bank centralny powinien działać w zaciszu gabinetów, budując reputację i zaufanie do kraju i sektora finansowego.
– Wszelkie działania zaburzające powagę banku centralnego, czy też wciąganie tej instytucji w rozgrywki polityczne, mogą mieć istotne, negatywne konsekwencje – zauważyła.
Naruszanie ustawowych zapisów w zakresie liczby członków zarządu nie buduje stabilności i reputacji banku centralnego, a także nie pomaga w bieżącym zarządzaniu tą instytucją.