"Sowiecka mentalność" i "skandal". Burza po zakazie dla Warzechy
Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) odmówiły wpuszczenia na terytorium kraju publicysty Łukasza Warzechy, nałożywszy na niego trzyletni zakaz wjazdu. Dziennikarz otrzymał formalną decyzję po wielogodzinnym oczekiwaniu na granicy.
Decyzja SBU o nałożeniu trzyletniego zakazu wjazdu na publicystę Łukasza Warzechę wywołała falę oburzenia w Polsce. W mediach społecznościowych zaprotestowali politycy różnych opcji oraz eksperci ds. wschodnich. Większość komentatorów określa działanie ukraińskich służb mianem „skandalu” i domaga się stanowczej reakcji polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych.
W poniedziałek wieczorem Łukasz Warzecha poinformował, że po wielogodzinnym oczekiwaniu na granicy i bezskutecznych interwencjach politycznych otrzymał formalną decyzję SBU o zakazie wjazdu na terytorium Ukrainy na okres trzech lat. Jako powód Kijów wskazał „względy bezpieczeństwa”.
Sprawa wywołała natychmiastową reakcję polskiej sceny publicznej. Większość komentujących – niezależnie od osobistego stosunku do poglądów i publicystyki Warzechy – jednoznacznie potępiła ruch ukraińskich służb, apelując do polskiej dyplomacji o interwencję.
„Zakaz wjazdu na Ukrainę dla Łukasza Warzechy to skandal! Do Polski stamtąd wjeżdża kto chce, a Ukraińcom przeszkadza Warzecha? My wpuszczamy do siebie Ukraińców, którzy mówią o Polsce znacznie gorsze rzeczy niż Warzecha o Ukrainie. Wzywam MSZ do działania w tej sprawie!”
Krótko sprawę skwitował również europoseł tej samej formacji Stanisław Tyszka, pisząc o „wyjątkowym skandalu”.
Do działań polskiego resortu spraw zagranicznych wezwał także szef Biura Polityki Międzynarodowej Kancelarii Prezydenta Marcin Przydacz.
„Nie muszę się zgadzać z red. Łukaszem Warzechą we wszystkim, aby w tej sprawie nie opowiedzieć się po jego stronie. Taka decyzja strony ukraińskiej to skandal. Oczekuję reakcji stanowczej MSZ”
Do sprawy oficjalnie odniosło się w poniedziałek wieczorem Centrum Mieroszewskiego, które było współorganizatorem dziennikarskiej wizyty studyjnej. Instytucja podkreśliła, że wyjazd był w pełni skoordynowany z ukraińskimi władzami.
Jak przekazano w komunikacie, lista uczestników została wcześniej uzgodniona przez obie zaangażowane instytucje i przekazana organom państwowym Ukrainy, a na etapie przygotowań nie wniesiono wobec niej żadnych zastrzeżeń.
Centrum przyjęło decyzję SBU „z zaniepokojeniem”. Poinformowano, że natychmiast po wystąpieniu problemów na granicy powiadomiono ministerstwa spraw zagranicznych obu państw oraz ukraińskich partnerów. Mimo sygnałów dających nadzieję na pomyślny finał, po siedmiu godzinach oczekiwania wysiłki te zakończyły się fiaskiem, a instytucja zorganizowała dla publicysty powrót do Warszawy.
Szanując suwerenne prawo Ukrainy do decydowania o wjeździe na jej terytorium, zwracamy jednocześnie uwagę, że ograniczenia dotyczące pracy dziennikarzy mogą wywoływać szeroki rezonans medialny i stwarzać przestrzeń dla komentarzy niekorzystnie wpływających na dobrosąsiedzkie relacje polsko-ukraińskie.
Równie krytyczni wobec decyzji Kijowa okazali się eksperci zajmujący się polityką wschodnią i międzynarodową. Zwracali uwagę, że zablokowanie wjazdu dziennikarzowi udającemu się na oficjalne rozmowy uderza w wizerunek samej Ukrainy.
„Odmowa wpuszczenia na Ukrainę dziennikarza, nawet najbardziej nieżyczliwego, który jedzie na umówione i zgłoszone wcześniej rozmowy z ukraińskimi ministrami, wygląda słabo. Nie ma znaczenia, czy się z poglądami Łukasza Warzechy zgadzam, czy też nie”
"Skandal. Ktoś w SBU najwyraźniej pomylił kontrwywiad z Orwellowską Policją Myśli. Służby ukraińskie powinny łapać rosyjskich szpiegów, a nie utrudniać pracę dziennikarzom. Jeśli niewygodne pytania i krytyczne opinie stają się »myślozbrodnią« karaną zakazem wjazdu, to mamy do czynienia z sowiecką mentalnością. Ukraina walczy o wolność. A nie przywracanie sowieckich praktyk. Wstyd"
W ostrych, bezkompromisowych słowach ruch SBU skomentował historyk i politolog prof. Sławomir Dębski.