Podbój Bałtyku bez pensji. Bunt na promach Polskiej Żeglugi Bałtyckiej. „Jest tragicznie” - Zero.pl
Marynarze Polskiej Żeglugi Bałtyckiej alarmują o tragicznej sytuacji finansowej spółki, która nie wypłaca pensji na czas, a politycy planują morską ekspansję.
Milionowe długi, pensje wypłacane z opóźnieniem, w ratach albo wcale, atmosfera strachu i desperacja. Tak sytuację Polskiej Żeglugi Bałtyckiej opisują marynarze, którzy pływają na promach. Politycy natomiast snują plany podboju Bałtyku, w których kluczową rolę odegrać ma właśnie ta spółka.
Załogi promów alarmują, że od początku roku nie dostają terminowo wypłat. Na ich konta wpływają jedynie zaliczki. Marynarze ostrzegają, że problemy finansowe mogą odbić się na stanie technicznym statków.
My wozimy na full cały czas, pełno ciężarówek, pływamy po dwa porty dziennie i pieniędzy nie ma. To gdzie one są?
Finanse w kryzysie
PŻB od lat zmaga się z problemami finansowymi. Ubiegły rok spółka zakończyła ze stratą przekraczającą 60 mln zł, w roku 2024 była ponad 58 mln zł pod kreską, a rok wcześniej – niecałe 5 mln zł. Ostatnim rokiem na plusie był 2021, gdy spółka odnotowała ponad 11 mln zł zysku.
Ministerstwo Infrastruktury tłumaczy, że trudna sytuacja finansowa jest „konsekwencją szeregu czynników”. Zapewnia, że zarząd „aktualizuje plan naprawczy”, a w resorcie nie ma mowy o prywatyzacji spółki.
Kołem ratunkowym dla spółki ma być finansowanie z Agencji Rozwoju Przemysłu, która łącznie przekaże PŻB 45 mln zł.
Bezpieczeństwo zagrożone
– Z miesiąca na miesiąc jest coraz gorzej. Pensji nie ma, dostajemy tylko zaliczki albo wypłaty w ratach. Ludzie uciekają, a roboty jest dużo. Ci, co zostali, robią za dwóch, nie mamy czasu na prace konserwacyjne, z czasem to się wszystko odbije na stanie technicznym promów. Desperacja jest duża – mówi marynarz.
Załogi skarżą się, że z pracy odchodzą ci doświadczeni, a na ich miejsce przychodzą ludzie „z łapanki”. – Jak jest ktoś nowy, to trzeba go pilnować i uczyć. Z tego się biorą opóźnienia w portach, przy załadunku i rozładunku – opowiada drugi z marynarzy.
– Statki pasażerskie powinny mieć co tydzień robione alarmy ćwiczebne. I nowe osoby na alarmach nie wiedzą, co się dzieje. Jeżeli będzie jakiekolwiek zagrożenie, to sami siebie nie uratują – stwierdza marynarz.
Polityczne ambicje
Receptą na problemy Polskiej Żeglugi Bałtyckiej miało być powołanie spółki Polsca, czyli sojuszu trzech polskich armatorów. PŻB, ze swoją marką Polferries, połączyła siły z Polską Żeglugą Morską, czyli marką Unity Line, a także z EuroAfricą.
– Tamci mają wyższe pensje, my niższe. Tamci mają płacone, my nie. To jest wszystko pomieszanie z poplątaniem – skarży się jeden z marynarzy PŻB. – Moim zdaniem jest czysto polityczny problem, jak to w państwowych spółkach.
Walka o prym na Bałtyku jest zacięta, bo jest się o co bić. Między Polską a Szwecją każdego roku pływa ponad milion pasażerów, promy przewożą dziesiątki tysięcy samochodów, ciężarówek i tysiące ton towarów.