Skandaliczny ruch prokuratury po śledztwie WP. Tak zabija się wolność słowa
Prokuratura bez zgody sądu zabezpieczyła telefon dyrektora szpitala w Aleksandrowie Kujawskim, który kontaktował się z dziennikarzem Michałem Janczurą.
Prawo prasowe zobowiązuje dziennikarza do zachowania w tajemnicy danych osoby, która udzieliła mu informacji. Kodeks postępowania karnego otacza tę tajemnicę szczególną ochroną. Europejski Trybunał Praw Człowieka od lat uznaje ochronę źródeł za jeden z fundamentów wolności słowa.
Ta ochrona nie zależy od tego, którą drogą organy ścigania próbują dotrzeć do informacji: czy węszą bezpośrednio w urządzeniach należących do dziennikarza, czy też sprawdzają telefony osób, z którymi mógł się on kontaktować.
Tam, gdzie w grę wchodzi tajemnica dziennikarska, prawo wymaga kontroli sądu, i to sąd, a nie prokurator, ma rozstrzygać, czy zachodzą wyjątkowe okoliczności, które uzasadniałyby ingerencję. Każda praktyka, która prowadzi do ominięcia tej gwarancji, budzi nasz najgłębszy niepokój.
Zabieg w szpitalu
7 kwietnia Michał Janczura opisał, jak senator Tomasz Lenz, wówczas regionalny baron rządzącej Koalicji Obywatelskiej, w marcową niedzielę wprowadził krewnego do szpitala powiatowego w Aleksandrowie Kujawskim z pominięciem izby przyjęć, prosto na oddział chirurgii.
Szpital zasłonił się ochroną danych, ale sam Lenz potwierdził, że zabieg się odbył i dotyczył jego syna. To nie dziennikarze ujawnili, kto był pacjentem i na czym polegał zabieg. Zrobili to publicznie senator i jego partyjni koledzy, m.in. senator Tomasz Grodzki.
Kontrola NFZ potwierdziła nieprawidłowości: zabieg nie był finansowany ze środków publicznych, a przeprowadził go personel w trakcie dyżuru. Szpital dostał 134 tys. zł kary.
Śledztwo i reakcja
Opisaliśmy tę sprawę w interesie publicznym. Konstytucja gwarantuje wszystkim równy dostęp do leczenia finansowanego z publicznych pieniędzy, a wpływowy polityk załatwił bliskiej osobie zabieg poza kolejką, na oddziale publicznego szpitala. To jest nadużycie władzy i to na nim powinna się skupić prokuratura. Tymczasem śledztwo w sprawie samego zabiegu ruszyło dopiero po naszym zawiadomieniu.
Błyskawicznie toczy się za to postępowanie z zawiadomienia Lenza. Gdy w czerwcu odmówiliśmy wskazania źródeł, śledczy sięgnęli po bilingi i bez zgody sądu zabezpieczyli telefon dyrektora szpitala Mariusza Trojanowskiego, bo kontaktował się z Janczurą.
Nie zgadzamy się, by ciężar prokuratorskich zainteresowań przesuwać z wyjaśniania nieprawidłowości na poszukiwanie osób, które mogły pomóc je ujawnić. Skutki takich działań wykraczają daleko poza jedną sprawę. Każdy, kto zastanawia się, czy powiadomić dziennikarza o nadużyciu władzy, zada sobie teraz pytanie, czy państwo go nie namierzy.
To pytanie wystarczy, by wiele ważnych spraw nigdy nie ujrzało światła dziennego.
Oczekiwania
To także test dla premiera Donalda Tuska i ministra sprawiedliwości Waldemara Żurka. Nie po takie standardy Polacy tłumnie ruszyli do urn w październiku 2023 r. Mieli dostać państwo, w którym prokuratura nie działa na zawołanie wpływowych polityków, a dziennikarze i ich rozmówcy nie muszą się bać, że ktoś przejrzy ich telefony.
Łatwo wyobrazić sobie, jak obaj komentowaliby taką sprawę, gdyby u steru prokuratury stał Zbigniew Ziobro: śledczy po zawiadomieniu senatora związanego z rządzącą partią zabierają telefon dyrektorowi szpitala, który publicznie krytykował rząd, i szukają w nim śladów rozmów z reporterem.
Mówiliby o zamachu na wolne media i ochronę sygnalistów. Mieliby rację. Dziś odpowiedzialność za prokuraturę spoczywa na nich, więc oczekujemy reakcji co najmniej tak stanowczej, jaką słyszelibyśmy wtedy.
Wyrażamy pełną solidarność z Michałem Janczurą i wszystkimi naszymi dziennikarzami, którzy bezkompromisowo chronią swoje źródła. Tego od nich wymagamy i zapewnimy im wszelkie wsparcie, także prawne. A ruch prokuratury musimy nazwać wprost: skandalicznym.