Tajemnicze zaginięcie, kolekcjoner kamienic i mafia reprywatyzacyjna. Co się stało z doktorem Gładysiem?
Dr Sylwester Gładyś, 71-letni naukowiec, zaginął 24 lutego 2026 r. po spacerze w Parku Młocińskim. Kamery nie zarejestrowały wyjścia z parku, a rodzina nie wierzy w wersję samobójstwa.
Wtorek, 24 lutego 2026 r., warszawskie Bielany. Krótko przed godziną 16 Sylwester Gładyś wychodzi z mieszkania. Na biurku zostaje włączony komputer z wykładem, nad którym pracował. Obok szklanka po herbacie, a drzwi balkonowe otwarte – mieszkanie ma się przewietrzyć.
Przy samochodzie wszystko odbywa się według rytuału. Gładyś wyjmuje kijki trekkingowe, a do auta wkłada torbę na basen – jak w każdy wtorek po spacerze ma popływać. Wyrzuca śmieci i rusza.
Ma 71 lat, 185 cm wzrostu, waży ok. 105 kg. Od lat choruje na Parkinsona, ale dzięki lekom żyje samodzielnie. Leki zostają w domu – to również świadczy o tym, że niedługo miał wrócić.
Kamery monitoringu rejestrują, jak tuż po godzinie 16 naukowiec wchodzi do pobliskiego Parku Młocińskiego i kieruje się w stronę Wisły. Z wyliczeń rodziny wynika, że nad rzeką mógł być między godziną 16.10 a 16.30. Żaden z przeanalizowanych później zapisów z kamer nie pokazuje, jak z parku wychodzi.
O godzinie 17.28 jego telefon po raz ostatni loguje się do sieci w rejonie parku. Kolejnych logowań brak. Co działo się przez tę godzinę? Do dziś nikt tego nie wie.
Śledztwo i wersja samobójstwa
W deszczowy poranek 23 lutego 2026 r. o godzinie 9 Sylwester Gładyś stawia się w stołecznej delegaturze CBA. Został wezwany na przesłuchanie w związku ze śledztwem prowadzonym przez Prokuraturę Regionalną we Wrocławiu dotyczącym warszawskiej reprywatyzacji. Sprawa obejmuje wątki wielu nieruchomości w stolicy, w tym działek przy ul. Pańskiej 80 i 82.
Po wizycie w CBA Gładyś rozmawia z członkami rodziny i kilkoma znajomymi. Mówi, że pytania dotyczyły przede wszystkim pełnomocnictw, których miał udzielić Jackowi Ż. To kuzyn byłej żony doktora, przez lata reprezentujący rodzinę w sprawie zwrotu nieruchomości przy Pańskiej.
Bliscy Gładyś opowiada, że zobaczył ten dokument pierwszy raz. Miał też zapowiedzieć, że przejrzy dokumenty i własne zapiski, aby dokładniej odtworzyć przebieg wydarzeń. Następnie wróci do CBA i uzupełni informacje.
Jeszcze tego samego dnia siada do kalendarza, który od lat prowadzi niezwykle skrupulatnie. Na górze strony odnotowuje: „pełnomocnictwo bez sprzedaży” i numer dokumentu z 1999 r. Niżej daty, nazwiska, notariusz w Raszynie. Część notatek zrobiona jest dwoma różnymi długopisami, jakby wracał do kartki kilka razy. Pismo jest nierówne – choroba utrudniała doktorowi pisanie odręczne.
Na dole strony stoi zdanie, jedno z ostatnich, jakie zdążył zapisać: „Ja tego nie podpisywałem”.
Oczywiste jest to, że ludzie popełniają samobójstwa. Ale kto skacze z trzymetrowej skarpy do rzeki? Mimo choroby Parkinsona, która dzięki lekom nie była bardzo uciążliwa, on miał świadomość swoich możliwości. Nie podszedłby nad sam brzeg. To człowiek, który wszedł na Mont Blanc, na Kilimandżaro. Nie wierzę, że wzięła go mała skarpa nad Wisłą.
Policja, jak słyszymy, od początku skłaniała się ku wersji związanej z samobójstwem. Rodzinie przedstawia scenariusz: usiadł na ławce, przemyślał swoje życie, a gdy zaszło słońce, poszedł nad rzekę. Był chory, było mu ciężko. Nie pożegnał się, bo ludzie czasem się nie żegnają.
– Gdyby chciał odejść po swojemu, to zostawiłby nam poukładane sprawy, list, cokolwiek. Nie rozpłynąłby się, zostawiając nas z zagadką. Nie zrobiłby nam tego – mówi córka zaginionego.
Jest jeszcze jeden szczegół. Jak słyszymy, dr Gładyś zwykle nie zakładał kijków trekkingowych na nadgarstki. Gdyby wpadł do wody, przynajmniej jeden powinien pozostać na brzegu albo zostać wyrzucony przez rzekę. Nie znaleziono ani kijków, ani kaszkietu, ani żadnych innych elementów ubioru.
– Większość ciał, które wypływają z Wisły, nie ma na sobie znacznej części garderoby – głównie kurtek, które wypływają zwykle w innych miejscach. Nawet gdyby te kijki były założone na nadgarstki, to one jako pierwsze by się odczepiły. Nurt rzeki jest zbyt silny – argumentuje nasz rozmówca.
Ślady reprywatyzacji
Dopiero po publikacji materiału o zaginięciu na stronie internetowej rodzina zaczęła łączyć spacer z tym, co wydarzyło się poprzedniego dnia. W żadnym z artykułów o tajemniczym zniknięciu warszawskiego naukowca nie pojawia się informacja, że Sylwester Gładyś zeznawał w CBA.
Żeby zrozumieć, dlaczego to ma znaczenie, trzeba się cofnąć o prawie sto lat. Przed wojną właścicielami nieruchomości przy Pańskiej 80 i 82, czyli w samym centrum stolicy, byli Roman Ż. i jego żona Karolina. Roman zmarł w lipcu 1939 r., na kilka tygodni przed wybuchem wojny.
Dekret o własności i użytkowaniu gruntów na obszarze Warszawy z 26 października 1945 r. – tzw. dekret Bieruta – odebrał rodzinie grunt. W latach 50. Karolina zażądała wydania nieruchomości. Bezskutecznie. Od tamtej pory kolejne pokolenia walczą o Pańską.
Jak się okazało, roszczenia do Pańskiej przechodziły przez serię zastanawiających transakcji. Część z nich trafiła do Marka M., nazywanego w mediach „czyścicielem kamienic”. W 2015 r. złożono wniosek o odszkodowanie za Pańską 80, oparty na umowach dotyczących tych roszczeń.
Wątpliwości dotyczą m.in. pełnomocnictwa, na podstawie którego miały zostać sprzedane udziały Gładysia. Prokuratura poinformowała jednak WP, że badanie podpisu przez biegłego „nie było” konieczne.
Prokuratura nie widzi związku między tymi sprawami. Śledztwo dotyczące roszczeń do Pańskiej trwa, a zaginięcia nadal nie wyjaśniono.
Od marca do sierpnia rodzina i wolontariusze przemierzają dziesiątki kilometrów wzdłuż Wisły. Brodzą w woderach po płyciznach, sprawdzają łachy, które odsłania susza. W poszukiwaniach nie ustają też służby. Na wodzie pracują łodzie, sonary, drony, psy szkolone do szukania ludzkich szczątków, ratownicy, strażacy, płetwonurkowie.
Rzeka zwykle oddaje ciała. Ale nie dr. Gładysia. W kwietniu, podczas jednej z pieszych akcji, poszukujący natrafiają na zwłoki innej zaginionej osoby. 25 kwietnia, w czasie dużej akcji na wodzie – na ciała dwóch kolejnych.
Od czasu zaginięcia naukowca wyłowiono z Wisły 26 ciał. Za każdym razem rodzina dzwoniła do ratowników i na policję, ale słyszała: „To nie on”.
– Wiem, że niektóre ciała nie wypływają. Ale on ważył 105 kilogramów, miał 185 centymetrów wzrostu. Jest susza, niski stan rzeki. Miał na sobie czerwoną kurtkę. Całe wakacje ludzie byli na wodzie. Ktoś by go zobaczył – słyszymy.
Na stronie internetowej, na której rodzina koordynuje poszukiwania, można przeczytać ostrożne zdanie: bardzo prawdopodobne, że zaginiony poślizgnął się i wpadł do rzeki. Oficjalnie córka dr. Gładysia podkreśla, że nie ma dowodów na związek zaginięcia z innymi sprawami i odsyła z pytaniami do policji.
– Policjanci współpracują również z innymi służbami. Czynności poszukiwawcze nadal trwają – zapewnia nas podinsp. Elwira Kozłowska z Komendy Stołecznej.