
Pompy ciepła kupowali na potęgę, teraz je wyrzucają. Alternatywa jednak wygrała
Polacy masowo odwracają się od pomp ciepła na rzecz kotłów na pellet, co spowodowało drastyczny wzrost cen tego paliwa oraz powstanie ryzyka uszkodzenia instalacji przez agropellet.
W latach 2022–2024 Polacy masowo instalowali pompy ciepła, zachęceni dotacjami i obietnicami bezemisyjnego ogrzewania. W 2026 roku entuzjazm minął, a statystyki programu „Czyste Powietrze” pokazują, że Polacy wybrali kotły na pellet.
W pierwszych miesiącach 2026 roku kotły na biomasę odpowiadały za aż 76–81 proc. wszystkich wniosków o wymianę źródła ciepła, spychając pompy do poziomu 18–23 proc. Dla porównania od początku programu udział obu technologii wynosił po około 30 proc.
Największym problemem okazało się wciskanie nowoczesnych pomp do starych, nieocieplonych domów typu „kostka” z lat 70. czy 80. bez termomodernizacji. Urządzenia zaprojektowane do pracy niskotemperaturowej musiały dogrzewać się grzałkami elektrycznymi, co powodowało zimowe rachunki za prąd sięgające 2500–3500 zł miesięcznie.
Rynek zalały sprowadzane z Azji pompy o zawyżonych parametrach, które przy spadku temperatury poniżej zera traciły sprawność. NFOŚiGW wprowadził restrykcyjne wymogi, obowiązkowe wpisy na Listę Zielonych Urządzeń i Materiałów (ZUM) oraz konieczność audytów energetycznych.
Zatory płatnicze i zawieszenie programu na przełomie 2024 i 2025 roku zniechęciły inwestorów. Na początku października 2026 roku do programu wpływało zaledwie 690 wniosków tygodniowo – podczas gdy w szczytowych okresach składano ich po 8 tysięcy.
Skok cen pelletu i pułapka ekonomiczna
Analizy rynku i monitorowanie cen prowadzone przez Polski Alarm Smogowy (PAS) wyłaniają dramatyczny obraz. Jeszcze w 2025 roku certyfikowaną tonę pelletu drzewnego klasy A1 można było kupić w cenie 1000–1400 zł. Jesienią 2026 roku średnia cena ofertowa w składach opału osiągnęła 2262 zł za tonę, co oznacza roczny wzrost aż o 52 proc.
W marketach budowlanych stawki sięgają 2460 zł, a w mniejszych składach lokalnych przekraczają 2600 zł za tonę. Jak wylicza Polski Alarm Smogowy, w modelowym domu o powierzchni 150 mkw. o średnim standardzie ocieplenia, zamieszkanym przez 4-osobową rodzinę, roczny koszt ogrzewania pelletem wystrzelił do 12 852 zł.
Dla porównania: ogrzewanie gazem ziemnym to wydatek rzędu 8676 zł, a dobrze dobrana pompa ciepła powietrze-woda kosztuje rocznie od 4700 do 7189 zł.
Brak surowca i ryzyko uszkodzenia instalacji
Przyczyną nagłego wzrostu cen jest ściśle ograniczona ilość trocin w Polsce. Tartaki nie są w stanie w ciągu jednego czy dwóch sezonów podwoić produkcji odpadów drzewnych tylko dlatego, że w polskich kotłowniach przybyło kilkadziesiąt tysięcy nowych pieców.
Po odcięciu taniego importu biomasy z rynków wschodnich (Białoruś, Rosja) oraz spowolnieniu w branży meblarskiej i budowlanej surowca zaczęło brakować. Popyt rozjechał się z podażą, a sytuację pogarszało zawodowe ciepłownictwo, które konkurowało o trociny z odbiorcami indywidualnymi.
Zdesperowani właściciele kotłów coraz częściej sięgają po tzw. agropellet – sprasowane odpady ze słomy, łusek słonecznika czy kukurydzy, kosztujące 1100–1500 zł/t. Branża bije na alarm, że domowe kotły z automatycznymi palnikami są kalibrowane wyłącznie pod czyste drewno iglaste.
Agropellet ma inny skład chemiczny, generuje ogromne ilości popiołu, tworzy twarde spieki i prowadzi do chemicznej korozji instalacji. Taka „pozorna oszczędność” kończy się zazwyczaj zatarciem podajnika, spaleniem grzałki i utratą gwarancji na piec.