
Czarnek rusza z ofensywą. Nie "rozłamowcy", a "koledzy" i kuszenie samorządowców
Wiceprezes PiS Przemysław Czarnek zaoferował współpracę politykom z Rozwoju Plus oraz zapowiedział, że na listy wyborcze trafią samorządowcy, których partia zmusiła do odejścia dzięki ustawie o dwukadencyjności.
Wiceprezes PiS Przemysław Czarnek publicznie kusi polityków z formacji Rozwoju Plus, założonej przez Mateusza Morawieckiego, zapraszając ich na wspólne listy wyborcze. Wiceprezes zapowiedział też, że na listy do Sejmu trafią samorządowcy, których partia zmusiła do odejścia dzięki ustawie o dwukadencyjności.
Czarnek w rozmowie z PAP stwierdził, że jest w pełni otwarty na obecność na listach polityków z Rozwoju Plus. Zapowiedział też, że gwarancję miejsc na listach będą mieli wyłącznie ci posłowie, którzy „wykazują się pracowitością w terenie” oraz są „aktywni w mediach społecznościowych”.
„Jestem przekonany, że także u kolegów z Rozwoju Plus (...) dojrzała już myśl, że pójście samodzielnie na wybory w oparciu o 3-5 proc. jest nie tylko utratą szansy na uzyskanie mandatu, ale jest stratą mandatu dla prawicy”
Ironia dwukadencyjności
Najbardziej symptomatyczny w wystąpieniu Czarnka jest zachwyt nad samorządowcami. Wiceprezes PiS nagle odkrył, że partia potrzebuje „ludzi z wielkimi sukcesami w swoich miastach i gminach”, którzy „myślą o tym, jak zmienić swoją rzeczywistość polityczną”.
Obecna sejmowa reprezentacja PiS jest dla wyborców zużyta. Twarze kojarzące się z aferami, sejmową pyskówką i jałowym oporem w komisjach nie przyciągają już nikogo poza żelaznym, kurczącym się elektoratem. Partia potrzebuje ludzi, którzy w terenie kojarzą się z wybudowaną drogą, szkołą czy wodociągiem, a nie z kolejną awanturą w telewizyjnym studiu.
W tym manewrze kryje się jednak pewien komizm. Ci wójtowie, burmistrzowie i prezydenci wcale nie marzyli o porzuceniu swoich lokalnych księstw na rzecz sejmowej ławy. Zmusza ich do tego zasada dwukadencyjności, którą PiS wprowadziło w 2018 roku z czysto partyjnych pobudek – licząc wówczas na „przewietrzenie” zabetonowanych miast rządzonych przez ludzi związanych z ówczesną opozycją.
Dziś setki zasłużonych samorządowców związanych z prawicą osiągają limit urzędowania i stają przed widmem politycznego bezrobocia. Dosłownie nie mają gdzie się podziać.
Od „rozłamowców i zdrajców” do „drogich kolegów”
Warto przypomnieć, jak ten sam Przemysław Czarnek wypowiadał się o ludziach Morawieckiego zaledwie kilka miesięcy wcześniej. Wówczas deklarował głęboki „smutek i żal” wobec tych, którzy postanowili budować własny byt polityczny. Przypinał im łatkę „rozłamowców”, którzy wbijają nóż w plecy obozowi patriotycznemu w najtrudniejszym momencie.
Kategorycznie wykluczał też dalszą jedność w dawnej formule, dając do zrozumienia, że kto opuszcza szeregi pod wodzą Jarosława Kaczyńskiego, ten stawia się poza nawiasem i nie ma czego szukać przy jednym stole.
Jeszcze ciekawszy spektakl rozgrywa się wokół relacji z dawnym premierem. Czarnek oświadczył PAP, że jest w pełni otwarty na obecność na listach polityków formacji Rozwoju Plus, założonej przez stronników Mateusza Morawieckiego po pęknięciu wewnątrz partii.
Napinka przed wyborami
PiS chce się ratować bezrobotnymi wkrótce wójtami i burmistrzami. Zgrane twarze z Wiejskiej nie gwarantują dziś nawet 20 procent poparcia. Za groźnymi minami kryje się kalkulacja: zgrane twarze z Wiejskiej nie gwarantują dziś nawet 20 procent poparcia.
Sam Czarnek też nie jest dla elektoratu oczywistym wyborem. Pokazał to sondaż, w którym namaszczony przez PiS kandydat na premier wypadł dopiero za Grzegorzem Braunem.